Jak instytucje finansowe oszukują ludzi
Naszła mnie ostatnio myśl żeby podzielić się z Wami jedną refleksją i przygodą jednocześnie. Nie widziałam nic złego w szukaniu nieruchomości przez pośrednika. Przecież po to oni są. Postanowiliśmy jednak ominąć biura sprzedaży nieruchomości. Długi czas próbowaliśmy na własną rękę kontaktować się bezpośrednio z właścicielami, jeździliśmy w miejsca, w których był wystawiony konkretny dom i szukaliśmy namiarów na właściciela. Kilka razy się udało, ale domy niestety okazały się nie dla nas. Jeden znaleźliśmy po tygodniu poszukiwań i okazało się, że już od kilku miesięcy jest sprzedany. Na stronie biura nieruchomości był jako nowo wystawiony. Dziwny zbieg okoliczności? Nie wiem, trochę okłamywanie ludzi.
Po długich poszukiwaniach znaleźliśmy sobie wreszcie miejsce, gdzie chcielibyśmy się osiedlić. Dość ciekawy domek, który ktoś zaczął budować i nie dokończył. Budynek był zamknięty i miał porobione półpiętra. To mi się właśnie spodobało. Na dole piwnica, trochę wyżej pokój, kuchnia z łazienką na półpiętrze i ze dwa pokoje na górze. Kwestia aranżacji. Nie da się chyba tego opisać dokładnie, ale układ był dość nietypowy, ale bardzo mi się podobał. Chciałabym tak mieszkać.
Ale nie o wyglądzie mojego wymarzonego domu ma być ten tekst.
Żyjemy w Polsce, możliwości mamy takie jakie mamy (bez kredytu ciężko jest pójść na swoje, chyba że coś wynajmować), nie mam niestety dzianych rodziców, którzy mogliby kupić nam coś na własność. Po ślubie trochę odłożyliśmy, w sam raz na wkład własny. W tym przypadku nie było nigdzie kontaktu do właściciela, biuro miało sprzedaż na własność. Nie było innego wyjścia. Skontaktowaliśmy się z pośrednikiem, obejrzeliśmy dom, wszystko było pięknie, tak jak powinno być. W listopadzie 2016 roku (data jest tutaj kluczowa) podpisaliśmy umowę rezerwacyjną i zapłaciliśmy opłatę rezerwacyjną do końca stycznia 2017 o ile dobrze pamiętam. Nadszedł czas na załatwianie kredytu. Chodziłam, dowiadywałam się, wszędzie były jakieś przeszkody. A to zarobki oficjalne za małe, a to za krótki czas zatrudnienia. Do banku nie poszliśmy, na infolinii dowiedziałam się, że to wszystko prawda i przy takich umowach (moja była tylko do końca roku i obie na najniższą krajową) są małe szanse na dostanie kredytu. Po długich poszukiwaniach znalazłam pośrednika gdzie teoretycznie nie było problemu. Wystarczyło podnieść kwotę na jednej umowie - to akurat nie był problem - i mieliśmy dostać kredyt.
Dostarczyliśmy wszystkie dokumenty i się zaczęło. Podkreślę, że wniosek składaliśmy pod koniec listopada 2016 r. Pierwsza, wstępna odpowiedź była dość szybko jakoś pod koniec grudnia. Zostaliśmy zweryfikowani pozytywnie. Minął styczeń, zaczął się luty przyszedł rzeczoznawca, sporządził raport. W międzyczasie przedłużyliśmy umowę rezerwacyjną dopłacając większą zaliczkę. W marcu okazało się, że raport rzeczoznawcy nie dotarł jeszcze do banku, cały czas czekają na odpowiedź. Dostawałam jakieś strzępki informacji, żadnych konkretów. Szkoda, że już wtedy nie zapaliła mi się czerwona lampka, że czas coś z tym zrobić.
Skoro znajomy załatwił kredyt bez problemu to czemu nam miałby się nie udać. Takie człowiek ma myślenie, za bardzo naiwne niestety.
Minął marzec, dokumenty od rzeczoznawcy jakoś dotarły, ale dalej czekaliśmy na informację z banku. I tak czekaliśmy, aż termin umowy rezerwacyjnej minął. Źle dograłam sprawę z biurem nieruchomości, nie dopilnowałam żeby dostać kolejne pismo potwierdzające przedłużenie, mój błąd wiem. Kiedy się opamiętałam, zadzwoniłam do Pana, który był naszym pośrednikiem kredytowym i poinformowałam go, że nie ma czego już załatwiać, bo dom jest sprzedany. Taką informację dostali jakoś w kwietniu. I jakie było moje zdziwienie kiedy na początku maja dostałam informację, że dostaliśmy odpowiedź negatywną, ale oni będą się odwoływać. Co z tego, że nie było już do czego?Mam wrażenie, że to było wszystko specjalnie. Któregoś dnia po tych zdarzeniach poszłam do banku po uzyskanie informacji. Tam niestety powiedzieli, że tylko pośrednikowi udzielą odpowiedzi, ale odpowiedź czekała w banku od kilku dni. Jakoś nikt nie kwapił się żeby mnie poinformować. Absurd, że czekaliśmy na decyzję przeszło pół roku.
Ale to nie koniec historii. Po pierwsze straciliśmy zaliczkę, bo nikt nam nie odda za to, że finalnie nie kupiliśmy domu. Po drugie zaczęłam robić dochodzenie dlaczego to wszystko tak długo trwało. Próbowałam jakoś się dowiedzieć czemu bank tak długo dawał odpowiedź. Ponoć na przełomie roku mieli dużo wniosków. I nasz był rozpatrzony na końcu. Słyszałam od naszego opiekuna, że wszystkie wnioski już zostały rozpatrzone, ale on nie wie dlaczego nasz jeszcze nie. Ciągle czekał na informacje z banku. Napisałam do nich pismo, że proszę o udostępnienie korespondencji z bankiem. Niby nie było takiej możliwości, tylko na prośbę prawnika. Po konsultacjach z prawnikami otrzymałam informację, że oczywiście można wytoczyć im proces, ale chodzi tutaj o proces z bankiem, a bank jako instytucja finansowa zwykle potrafi się wybronić i tylko niepotrzebnie stracilibyśmy dodatkowe pieniądze. Odpuściliśmy sobie. Za duże ryzyko, nie chcieliśmy ponieść kolejnych strat finansowych.
Próbowałam sama pisać do nich pisma, ale niestety nic nie wskórałam. Przeczytałam za to na internecie, że było jeszcze kilka innych takich przypadków, podobnych do naszego.
Paradoks jest taki, że kolejny kredyt załatwiliśmy bezpośrednio w banku (tym samym, który miał być załatwiony przez pośrednika) i czekaliśmy na odpowiedź aż dwa tygodnie. Właśnie go spłacamy, a dom za chwilę będzie gotowy. Pocieszam się tym, że dzięki temu mamy teraz dom postawiony od podstaw za podobne pieniądze. A nowe to jednak nowe a nie jakieś tam stare czekające 20 lat na wykończenie.
My dostaliśmy nauczkę i niestety nie ma możliwości odzyskania pieniędzy, które poszły na umowę rezerwacyjną. Właśnie w celu uniknięcia takich niespodzianek chcieliśmy uniknąć pośredników w zakupie. Ale cóż, nie zawsze życie jest takie kolorowe i poukładane tak jakbyśmy chcieli.
Może komuś z Was przyda się taki tekst jako przestroga.
Miłego dnia, A.
Po długich poszukiwaniach znaleźliśmy sobie wreszcie miejsce, gdzie chcielibyśmy się osiedlić. Dość ciekawy domek, który ktoś zaczął budować i nie dokończył. Budynek był zamknięty i miał porobione półpiętra. To mi się właśnie spodobało. Na dole piwnica, trochę wyżej pokój, kuchnia z łazienką na półpiętrze i ze dwa pokoje na górze. Kwestia aranżacji. Nie da się chyba tego opisać dokładnie, ale układ był dość nietypowy, ale bardzo mi się podobał. Chciałabym tak mieszkać.
Ale nie o wyglądzie mojego wymarzonego domu ma być ten tekst.
Żyjemy w Polsce, możliwości mamy takie jakie mamy (bez kredytu ciężko jest pójść na swoje, chyba że coś wynajmować), nie mam niestety dzianych rodziców, którzy mogliby kupić nam coś na własność. Po ślubie trochę odłożyliśmy, w sam raz na wkład własny. W tym przypadku nie było nigdzie kontaktu do właściciela, biuro miało sprzedaż na własność. Nie było innego wyjścia. Skontaktowaliśmy się z pośrednikiem, obejrzeliśmy dom, wszystko było pięknie, tak jak powinno być. W listopadzie 2016 roku (data jest tutaj kluczowa) podpisaliśmy umowę rezerwacyjną i zapłaciliśmy opłatę rezerwacyjną do końca stycznia 2017 o ile dobrze pamiętam. Nadszedł czas na załatwianie kredytu. Chodziłam, dowiadywałam się, wszędzie były jakieś przeszkody. A to zarobki oficjalne za małe, a to za krótki czas zatrudnienia. Do banku nie poszliśmy, na infolinii dowiedziałam się, że to wszystko prawda i przy takich umowach (moja była tylko do końca roku i obie na najniższą krajową) są małe szanse na dostanie kredytu. Po długich poszukiwaniach znalazłam pośrednika gdzie teoretycznie nie było problemu. Wystarczyło podnieść kwotę na jednej umowie - to akurat nie był problem - i mieliśmy dostać kredyt.
Dostarczyliśmy wszystkie dokumenty i się zaczęło. Podkreślę, że wniosek składaliśmy pod koniec listopada 2016 r. Pierwsza, wstępna odpowiedź była dość szybko jakoś pod koniec grudnia. Zostaliśmy zweryfikowani pozytywnie. Minął styczeń, zaczął się luty przyszedł rzeczoznawca, sporządził raport. W międzyczasie przedłużyliśmy umowę rezerwacyjną dopłacając większą zaliczkę. W marcu okazało się, że raport rzeczoznawcy nie dotarł jeszcze do banku, cały czas czekają na odpowiedź. Dostawałam jakieś strzępki informacji, żadnych konkretów. Szkoda, że już wtedy nie zapaliła mi się czerwona lampka, że czas coś z tym zrobić.
Skoro znajomy załatwił kredyt bez problemu to czemu nam miałby się nie udać. Takie człowiek ma myślenie, za bardzo naiwne niestety.
Minął marzec, dokumenty od rzeczoznawcy jakoś dotarły, ale dalej czekaliśmy na informację z banku. I tak czekaliśmy, aż termin umowy rezerwacyjnej minął. Źle dograłam sprawę z biurem nieruchomości, nie dopilnowałam żeby dostać kolejne pismo potwierdzające przedłużenie, mój błąd wiem. Kiedy się opamiętałam, zadzwoniłam do Pana, który był naszym pośrednikiem kredytowym i poinformowałam go, że nie ma czego już załatwiać, bo dom jest sprzedany. Taką informację dostali jakoś w kwietniu. I jakie było moje zdziwienie kiedy na początku maja dostałam informację, że dostaliśmy odpowiedź negatywną, ale oni będą się odwoływać. Co z tego, że nie było już do czego?Mam wrażenie, że to było wszystko specjalnie. Któregoś dnia po tych zdarzeniach poszłam do banku po uzyskanie informacji. Tam niestety powiedzieli, że tylko pośrednikowi udzielą odpowiedzi, ale odpowiedź czekała w banku od kilku dni. Jakoś nikt nie kwapił się żeby mnie poinformować. Absurd, że czekaliśmy na decyzję przeszło pół roku.
Ale to nie koniec historii. Po pierwsze straciliśmy zaliczkę, bo nikt nam nie odda za to, że finalnie nie kupiliśmy domu. Po drugie zaczęłam robić dochodzenie dlaczego to wszystko tak długo trwało. Próbowałam jakoś się dowiedzieć czemu bank tak długo dawał odpowiedź. Ponoć na przełomie roku mieli dużo wniosków. I nasz był rozpatrzony na końcu. Słyszałam od naszego opiekuna, że wszystkie wnioski już zostały rozpatrzone, ale on nie wie dlaczego nasz jeszcze nie. Ciągle czekał na informacje z banku. Napisałam do nich pismo, że proszę o udostępnienie korespondencji z bankiem. Niby nie było takiej możliwości, tylko na prośbę prawnika. Po konsultacjach z prawnikami otrzymałam informację, że oczywiście można wytoczyć im proces, ale chodzi tutaj o proces z bankiem, a bank jako instytucja finansowa zwykle potrafi się wybronić i tylko niepotrzebnie stracilibyśmy dodatkowe pieniądze. Odpuściliśmy sobie. Za duże ryzyko, nie chcieliśmy ponieść kolejnych strat finansowych.
Próbowałam sama pisać do nich pisma, ale niestety nic nie wskórałam. Przeczytałam za to na internecie, że było jeszcze kilka innych takich przypadków, podobnych do naszego.
Paradoks jest taki, że kolejny kredyt załatwiliśmy bezpośrednio w banku (tym samym, który miał być załatwiony przez pośrednika) i czekaliśmy na odpowiedź aż dwa tygodnie. Właśnie go spłacamy, a dom za chwilę będzie gotowy. Pocieszam się tym, że dzięki temu mamy teraz dom postawiony od podstaw za podobne pieniądze. A nowe to jednak nowe a nie jakieś tam stare czekające 20 lat na wykończenie.
My dostaliśmy nauczkę i niestety nie ma możliwości odzyskania pieniędzy, które poszły na umowę rezerwacyjną. Właśnie w celu uniknięcia takich niespodzianek chcieliśmy uniknąć pośredników w zakupie. Ale cóż, nie zawsze życie jest takie kolorowe i poukładane tak jakbyśmy chcieli.
Może komuś z Was przyda się taki tekst jako przestroga.
Miłego dnia, A.



Komentarze
Prześlij komentarz