#PODRÓŻNIK# cz. 18 Kanada

Mam małe zaległości z wpisami na bloga. Wszystko przez moje marzenie i chęć jego realizacji. Jestem na dobrej drodze. Wszystko toczy się zgodnie z planem. Nie zapeszając, mam po prostu teraz dużo więcej spraw do załatwiania dodatkowo, oprócz pracy na etacie. Mam nadzieję, że niedługo będzie lepiej i inaczej. Wtedy więcej czasu poświęcę na rozwój mojego bloga.

W dzisiejszej części podzielę się z Wami moimi wrażeniami z podróży do Kanady.

Po pierwsze wielkości. Wszystko tam jest dużo większe niż u nas. Odległości między sklepami a osiedlami mieszkalnymi są dość duże. Nie ma tak jak u nas, że przed pracą wstaniesz sobie rano i pójdziesz do piekarni po świeże pieczywo. Najbliższa piekarnia ( o ile w ogóle istnieją, nie widziałam żadnej) jest jakieś 5 km od osady mieszkalnej. Tak samo jest z każdym innym sklepem. Raczej dominują większe markety lub supermarkety gdzie można kupić wszystko. W mniejszych wioskach można spotkać jakieś mniejsze, „osiedlowe” sklepiki. Ciekawym sklepem, który miałam okazję odwiedzi był sklep „wszystko za 1 dolara” gdzie były różne pierdoły, ale też czasami przydatne rzeczy, w bardzo niskich cenach. Kolejny ciekawy sklep, to taki, w którym wszystko można było kupić na wagę: żelki, orzechy, cukierki, przyprawy, makaron, mąkę, ryż czy inne produkty spożywcze, ale też co ciekawe proszek do prania.
W sklepach z odzieżą można bardzo tanio upolować coś markowego. Są tam mega duże przeceny, jeśli np. coś się kończy czy ma małą wadę. W taki sposób kupiłam sobie kurtkę zimową czy inne markowe ubrania, które u nas kosztują majątek. Popatrzcie na ceny ubrań czy butów Calvina Kleina. Ta porządne buty można „upolować” nawet za 10 dolarów.
Co do odległości to poruszanie się pomiędzy miastami też zajmuje sporo czasu. Pomiędzy są duże przestrzenie, na których nic nie ma. Życie bez samochodu jest tam trudne (chyba, że w Toronto, tam z kolei gorzej poruszać się autem). W dużych miastach nie widać tak tych przestrzeni. To są aglomeracje i jest dość „ciasno.” Mają dużo drapaczy chmur i widać przepych.
Wielkościowo zachwyciły mnie natomiast ich ciężarówki. Wiedziałam, że są większe niż nasze, ale na żywo robią ogromne wrażenie. W kabinie mają urządzony prawie pokój. Wożą ze sobą mikrofalę i nie muszą niczego trzymać na siedzeniu pasażera tak, jak nasi kierowcy ciężarówek.

W wielkich miastach widać przepych, w mniejszych natomiast wszyscy żyją na dość wysokim standardzie. Najważniejsze, że w Kanadzie nie widać rozwarstwienia społecznego. Zwykły pracownik biura podróży żyje na podobnym poziomie co fotograf czy ktoś kto zajmuje się sprzątaniem. Ludzie nie są tam tak mocno wykorzystywani. Każdy wie na co może sobie pozwolić, ale też każdy ma czas na odpoczynek i spędzanie czasu z rodziną, co w Polsce jest dość dużym wyczynem.
Wielonarodowość nikomu nie przeszkadza. Ludzie są dla siebie uprzejmi, uśmiechają się na powitanie, potrafią zapytać jak się masz nawet Cię nie znając. Są przyjaźnie do siebie nastawieni i nikt nikogo nie krytykuje. Jedyną barierą w komunikacji z innymi może być język.
Tyle o kulturze. Teraz kilka miejsc, które warto zwiedzić będąc w Kanadzie (dwa tygodnie to zdecydowanie za mało żeby zobaczyć wszystko, Nam i tak udało się sporo zwiedzić).
  1. Wodospad Niagara. Wysokością mnie nie powalił, (nasz Kamieńczyk w Szklarskiej Porębie jest wyższy :)), ale widowiskowo i szerokością już tak. Położony na granicy Kanady z USA zajmuje dużo przestrzeni. Specjalnym statkiem, w czerwonej, przeciwdeszczowej pelerynie można podpłynąć pod sam spad wody albo wejść „do środka” za kamienie. W okolicy znajduje się również wielki „Diabelski Młyn” z którego jeszcze ładniej widać cały wodospad, który dodatkowo w nocy mieni się różnymi kolorami.



  2. Niemiecka winiarnia
  3. Licytacja bydła, podczas podróży do wioski, w której żyli ludzie nie mający pojęcia co to jest cywilizacja, (nazwy oczywiście nie pamiętam) mieliśmy okazję zajrzeć na licytację bydła.
  4. Toronto – jedno z najwspanialszych, ogromnych miast jakie widziałam. Drapacze chmur, wieża telewizyjna, jezioro z lotniskiem na wodzie, oceanarium.





  5. Thousand Islands – wspaniałe miejsce. Dostać się tam można tylko wodolotem lub innym wolnym stateczkiem, który przy okazji pokazuje wrak zatopionego statku. W dnie ma kratkę ze szkłem i można oglądać dno wód, przez które się płynie. Woda ma wspaniały, lazurowy kolor. Wyspa jest skalista, żeby się wykapać trzeba poskakać po skałach :). Spotkaliśmy tam węża i wiewiórkę. Jedną z atrakcji jest maczuga Herkulesa.




  6. Odwiedziliśmy chińską restaurację, w której za małe grosze jesz ile chcesz.
  7. Missisuaga – dwie wieże, tzw. Marlin Monroe.
  8. Są plaże, na które można wejść legalnie ze zwierzętami.
  9. Butterfly Conservatory – Motylarnia. Motyle latają między ludźmi, czasem siadają na głowę czy ubranie, niektóre nawet usiądą na dłoń.


  10. Wonderland – to, z czego dzieci cieszą się najbardziej, czyli wesołe miasteczko. Mnóstwo atrakcji. Rollercoastery na siedząco i na stojąco, kolejki, łapy, beczki, wieże. Tylko dla odważnych :)
  11. Byliśmy też w chińskiej dzielnicy, gdzie można kupić prawdziwe chińskie przyprawy, makarony i inne specjały.
A żeby się tam dostać należy polecieć samolotem. O przygodach podczas podróży pisałam Wam tutaj. To kilka moich wskazówek i zdjęć. Zapewne jest jeszcze wiele miejsc wartych odwiedzenia w Kanadzie. Przecież to taki wielki kraj. 



Tygodnika z językami nie będzie, doba jest za krótka :)

Miłego tygodnia, A.   

Komentarze

Popularne posty