#PODRÓŻNIK# cz. 16 Wspomnienia z Bułgarii

Dzisiaj mam dla Was wspomnienia z wyjazdu na festiwal w Bułgarii. Zatrzymałam je na dysku i nadszedł czas na ich publikację. Zapraszam zatem do lektury.
WSPOMNIENIA Z WYJAZDU DO BUŁGARII – KITEN 2009r.
(Napisane w porozumieniu z Agatą Christie i Sherlockiem Holmesem)


Historia rozpoczęła się wraz z nadejściem 23 lipca 2009 roku, kiedy spod Młodzieżowego Domu Kultury w Gorzowie tancerze i ich opiekunowie wraz z kapelą, wybrali się na festiwal do Bułgarii. A co ich czekało, tego nikt nie przewidział. Godzina 6.00 – szczęśliwa młodzież macha na pożegnanie rodzicom, którzy już dawno zaplanowali całonocne imprezy. Natomiast „wolne” dzieciaki jeszcze zatęsknią za domowymi obiadkami...Już dobę po odjeździe zaczęło dziać się coś dziwnego. Na Węgrzech przybyło nam jednej osoby! Jak to możliwe? 1, 2, 3...39 – tak było dotychczas, a teraz... 40 tancerzy! Czyżby to było niezwykłe rozmnożenie? A może to UFO chce opanować nasz obóz i niepostrzeżenie wkradło się do grupy? Nie, nie. Okazało się, że to nie żadne istoty z Marsa. Długich dochodzeń nie trzeba było robić. To Andrzej zakończył swoje wakacje z rodziną i przyjechał na Węgry, aby dalej dotrzeć do Bułgarii. Uff... A już myśleliśmy, że to „Atak Klonów”.
PARADISE, CZYLI RAJ
Po dwóch dniach, rano, dotarliśmy do pięknego, czterogwiazdkowego, nowoczesnego hotelu „Paradise” z apartamentami i basenem. Gdy się już obudziliśmy i przestaliśmy śnić na jawie, okazało się, że w rzeczywistości jest to jednogwiazdkowy hotel z zimnym jedzeniem w [niby] restauracji. Znaliśmy to miejsce z poprzedniego wyjazdu. Nie zapowiadało się źle: niedaleko plaża, małe boisko na podwórku... Ale już wtedy jakieś bułgarskie fatum krążyło nad nami. Przemek tak poparzył sobie skórę pierwszego dnia plażowania, że nie był w stanie zatańczyć z partnerką. Ratunkiem okazał się nasz nowy pasażer – Andrzej – który go zastąpił.Wcześniej jednak musieliśmy z tego powodu zorganizować próbę. No cóż, niestety jakieś bułgarskie wirusy zaatakowały kilka osób, które autentycznie stracił głowę. Założyły na próbę taneczną, zamiast adidasów, sandały czy klapki. To było niedopuszczalne! Ale inwazję wirusów każdy był w stanie zrozumieć, dlatego zatańczyliśmy, co trzeba było i każdy powrócił do swoich codziennych zajęć: plaża, miasto, miasto, plaża...Koncert wypadł nie najgorzej. Na występ czekaliśmy aż dwie godziny. Z nudów niektóre dziewczyny wchodziły [przez przypadek, oczywiście] do łazienek, gdzie byli Serbowie. Natomiast reszta grzecznie czekała na występ. W gruncie rzeczy nasz skład I i II grupy całkiem nieźle się udał. Współpracę było widać nawet na koncercie. Swoje „anielskie” głosy wspieraliśmy wzajemnie przy mikrofonach. Tego popołudnia obce cywilizacje i wirusy dały nam spokój. Ale nie na długo...
Z ŻYCIA STRAŻNIKÓW TEXSASU
Chuck Norris może się chować przed naszymi nauczycielami. Pani Maryla, pan Krzysztof i pan Jan dobrze nas pilnowali. Mieszkali tuż nad pokojami większości tancerzy. Była to nowa wersja Big Brothera. Z balkonów mogli obserwować każdy pokój. Ale zbyt często tego nie wykorzystywali. Czasami nawet, prowadzili z nami „balkonowe rozmowy”. Przebojem tego lata była piosenka „Panie Janie”, ponieważ właśnie śpiewaliśmy tak do jednego z Wielkich Braci – pana Jana.Natomiast inny Big Brother wymyślił, że stanie się ikoną świętości. Pani Maryla, czyli w rzeczywistości Maria Magdalena, wpadła na pomysł, że (z racji jej „boskich imion”) będą odbywały się do jej pokoju pielgrzymki. Wielu było „wiernych”, to się zameldować, to spytać o wyjście do miasta...Na plaży...Pan Krzysztof był tak zaangażowany w pilnowanie kąpiących się Małych Gorzowiaków, że całymi godzinami stał na brzegu, wpatrując się w wodę. Nawet, kiedy nikogo w niej nie było, to jak zahipnotyzowany czekał na, podejrzewam, przyjaciół z odległej galaktyki. Kiedy już doczekał się przybycia UFO i odbył z nim spotkanie, usiadł w końcu na plaży – jeden, jedyny raz.W czasie, gdy pan Krzysztof był na herbatce z ufoludkami, pan Jan zastępował go w roli ratownika. Ale to nie było takie łatwe! Najpierw musiał zbudować gniazdo z piasku do wygodnej obserwacji. Próbował nauczyć tej sztuki kilka osób, ale nie każdemu się udało. Chuck Norris też by się nie nauczył...Pewnego popołudnia Marsjanie znów zaatakowali! Między innymi pan Jan i gromadka (wspaniałych) tancerzy, poszli na plażę ( Ola, Aneta, Reksiu, Ala, Drzewko, Agata , Agnieszka i Michał). Grzecznie bawili się w wodzie, pani Jadzia uczyła jak się pływa strzałką...Dopiero później zaczęli wrzucać się do morza, przy okazji z ubraniami. Najpierw Łukasz wziął do wody ręcznik i czapkę Ali, później Monika zabrała koszulkę Reksia, on bluzkę Drzewka, Ala ubranie Fiskusa i tak wszyscy byliśmy mokrzy. Ale to nie koniec! I tu wyszła na jaw ingerencja UFO! Drzewko chciała zabrać spodenki Łukasza i wrzucić do wody. Kiedy się zorientowała... O, nie! To spodenki pana Jana! Jakiś Obcy podrzucił je do torby Reksia. I dopiero wtedy WSZYSCY byli mokrzy. Na dodatek UFO przeprowadziło Monice pranie mózgu! Drzewko zaczęła płynąć w stronę pani Maryli i wołać: „Maama!” Musieliśmy uciekać przed atakiem ufoludków. Wrzuciliśmy do wody jeszcze Agnieszkę i czym prędzej pobiegliśmy do naszego hotelu.
KOLOROWA AMFIBIA
Nasz autokar był przepiękny, wyjątkowo kolorowy! Wszyscy przechodnie oglądali z podziwem cudowny pojazd. Idealnie pasował do temperamentu Małych Gorzowiaków. A ten „charakterek” odczuła nasza tzw. pani Kierownica, czyli pani Kierowca. Nie wytrzymała żywiołowego towarzystwa i wyjechała na wakacje do Istambułu. Na wakacje... Kto naiwny by uwierzył! Pani Kierownica wyjechała kręcić interesy z turecką mafią! Szef grupy kazał jej użyć broni biologicznej - rozsiać wirusy grypy. Tym sposobem w Turcji panuje epidemia, na granicach urzędnicy noszą maseczki na twarz. Pani Kierowca, której pseudonim brzmi „Marek”, stała się zagrożeniem dla Turcji, dlatego po kilku dniach powróciła do naszego hotelu, aby ukryć się przed tureckim rządem.
A teraz wersja rzeczywista
Pani Kierowca (która pseudonimu nie posiada) wyjechała do Istambułu służbowo, a grypa naprawdę tam panuje. Jednak się tym nie przejęliśmy, bo chyba nic już by nie mogło nam zaszkodzić po tych „rarytasach” ze stołówki.Drugi Kierowca – pan Krzysztof – mógł się szczycić swoim autokarem, ale też niezwykłymi zdolnościami! Przed jednym z koncertów zaparkował na miejscu o tej samej długości, co jego maszyna. Dostał nawet za to oklaski. Terroryści i Marsjanie nie dotykali nawet autokaru, więc obyło się bez jakichkolwiek usterek. To pewnie to kolory na autobusie działają pozytywnie na każdą istotę.
Jedną ze współautorek jest Alicja, która prowadzi  swój blog Alicja Zell - zapraszam do czytania.

Miłego tygodnia, A.

P.S. Podoba Wam się nowy szablon? Stworzyłam go sama na podstawie innego, gotowego projektu. 

Komentarze

Popularne posty