Choroba lokomocyjna marnuje mój czas
Od dziecka mam chorobę lokomocyjną. Znam wiele sposobów na jej ograniczenie. Tabletki, ogórki korniszony, plasterki naklejone na pępek, guma miętowa i najlepszy (najbardziej skuteczny), czyli sen. Stosowałam wszystkie i jakoś zawsze udało mi się przetrwać podróże. A niektóre były długie. Do Francji np. jechałam autokarem dwa dni.Dziwne, że w pociągu nie odczuwa się objawów tej choroby. Chyba chodzi o inne wstrząsy, które inaczej działają na organizm. W samochodzie i autobusie zawsze prędzej czy później dopadają mnie skutki. Nie mogę zbyt długo zajmować się czytaniem czy przeglądaniem czegokolwiek, po chwili mnie już muli. Zwykle podróże w samotności kończą się tym, że idę spać i „zabijam” w ten sposób czas.
Po weekendowej podróży olśniło mnie. Przez całe te cztery godziny mogłabym przeczytać tak wiele interesujących rzeczy albo fragment jakiejś książki. Tym bardziej podczas podróży w samotności. Teraz miałam towarzystwo to jakoś czas zleciał. Uświadomiłam sobie, że takie przemieszczanie się (na miejscu pasażera) i podziwianie widoków albo spanie mija się z celem. Faktycznie widoki czasem są przednie, ale nie cały czas, nie ma co się oszukiwać.
Skoro już udało mi się wyostrzyć zmysły to warto byłoby wykorzystać te zdolności i podczas bezczynnego siedzenia (albo czynnego kiedy jestem kierowcą) można słuchać audiobooków. I mamy połączenie praktycznie idealne. Muszę tylko poszukać źródła, gdzie audiobooki będą dostępne. I nie będę już się wkurzać, że radio znowu nie działa kiedy jadę do pracy między lasami.
Myślę, że to ciekawe rozwiązanie i spróbuję je wdrożyć w życie w najbliższym czasie. Nienawidzę siedzieć w ciszy. Coś zawsze musi grać albo z kimś muszę rozmawiać. A że codziennie około 2 godziny podróżuję sama to może dzięki temu szybciej będę przyswajała kolejne książki i będę miała co opisywać na blogu poświęconym recenzjom.
Słówka do nauki gotowe. Kolejna lista już za tydzień.



Komentarze
Prześlij komentarz