#PODRÓŻNIK# cz. 2 Uzależnieni od samochodu?


Dzisiaj kolejny środek lokomocji - samochód – niezbędne wyposażenie praktycznie każdej rodziny. Jednym wystarczy jeden, inni mają kilka – każdy dorosły członek ma swój. Poruszamy się nim często. Niektórzy nawet do sklepu za rogiem potrafią jechać samochodem. To już jest jak dla mnie lekka przesada. Jak mam jechać na większe zakupy to raczej gdzieś dalej od domu.
W czasach kiedy mamy potrzebę przemieszczania się i podróżowania samochód jest bardzo wygodnym dla nas narzędziem. Niektórzy żeby zarabiać pieniądze są w trasie cały czas – handlowcy czy kierowcy ciężarówek, którzy mają wolne weekendy i to nie zawsze każdy. Ja na dojazdy do pracy tracę łącznie 2 godziny dziennie. Grunt, że się opłaca. :-)
Żeby nauczyć się jeździć samochodem, musiałam poświęcić trochę czasu. Prawko zdałam od razu, ale jeździłam jak łamaga. W domu jeden samochód na trzech kierowców to ciężko było porządnie pojeździć. Miałam tylko stałe trasy do babci i na działkę. Jakoś rodzice nie chcieli mnie wykorzystywać. Bali się ze mną jeździć. Zarobiłam na pierwszy samochód i kupiłam sobie. Wtedy nauczyłam się jeździć. Początkowo poruszałam się po mieście (wtedy jeszcze miałam blisko do pracy), jak trzeba było gdzieś dalej jechać musiałam mieć obok drugiego, bardziej doświadczonego kierowcę. Z racji studiów musiałam w pewnym momencie się przełamać i pojechać. Nie było wyjścia. Środki komunikacji publicznej nie dojeżdżały na czas. Może to i dobrze, bo dzięki temu teraz nie boję się wsiąść w samochód i sama gdzieś pojechać.
Czasem jak jadę do pracy widzę jak na wariata ktoś wyprzedza na zakręcie i jedzie na czołówkę. Automatycznie skacze mi ciśnienie i mam chwilowe lęki. Za jakiś czas na szczęście przechodzi. Niestety na takie przypadki nie mamy wpływu. Możesz być dobrym kierowcą i ucierpieć przez takiego wariata. Było ostatnio u nas takie zdarzenie. Dwie kobiety i piątka dzieci. Jedna z nich kierowała. Wymusiła pierwszeństwo na dość ruchliwym i szybkim skrzyżowaniu. Im nic się nie stało. Ucierpiał kierowca poszkodowanego pojazdu wraz z żoną – zginęli na miejscu. Pasażerka przeżyła. Nie wiem jak sprawa zakończyła się prawnie, ale ja na miejscu tej kobiety miałabym ogromne wyrzuty sumienia i traumę przed wejściem do samochodu. 
Jest jednak inna pewna historia, która zapadła mi w pamięci, ale na szczęście nie spowodowała traumy przed podróżami samochodem. Sprzedawałam swój samochód. Dość długo nie było kupca, samochód cały czas był sprawny i jeździł. Kupiec wreszcie się znalazł. Młody chłopak, dwadzieścia parę lat. Kupił od razu. Podobała mu się moc i to, że takie małe auto może tak szybko jechać. Poprzednie swoje samochody niby zajeździł. Sprawdził, zapłacił, podpisał umowę i pojechał. Nie zdążyłam niczego zgłosić. Umowę podpisałam po południu. Uratowało mnie wpisanie na niej godziny. Na drugi dzień rano policja puka do drzwi rodziców. Pytają o właściciela pojazdu. Jestem. Wynurzam się z łóżka i pytam o co chodzi. Nie chcieli powiedzieć. Pokazuję im umowę, prawnie auto nie jest już moje. Zrobili zdjęcie, podziękowali i pojechali. Przez cały ranek rozkminiam co mogło się stać. Tak rano już coś nabroił? Chłopak nie wyglądał na przekrętasa. Normalny, młody, ułożony. Być może pozory. Nie wiem i już się nie dowiem. Będąc już w pracy dostałam telefon. Chłopak nie żyje. Szok i niedowierzanie. Okazało się, że nad ranem wyleciał z łuku drogi i wjechał pod ciężarówkę. Nie miał szans na przeżycie. Oglądałam później zdjęcia na Internecie. Moje auto zostało doszczętnie zniszczone. Chłopak ponoć był strasznie zmasakrowany.
Udało mi się szybko pozałatwiać formalności żeby nikt mnie nie ścigał z ubezpieczalni. Cały czas mam w głowie te straszne zdjęcia. Nie czuję się winna, auto było w pełni sprawne. Gdzieś jednak głęboko we mnie siedzi jakiś żal, że akurat ja sprzedałam mu ten samochód. No ale gdyby nie zasuwał z prędkością 150 km/h mógłby zapanować na pojazdem. Cóż, zdarza się i tak. Nic już na to nie poradzę. Jeżdżę sobie teraz moją wspaniałą, niebieską Corsą.

Samochód to (plusy):
- wygoda i komfort podróży,
- bezproblemowy dojazd praktycznie w każde miejsce,
- dość szybki czas przemieszczania się,
- dostępność w każdej chwili (brak rozkładu jazdy)
- możliwość przewiezienia dużego bagażu

Ale też (minusy):
- drogie paliwo,
- spora ilość wypadków (u mnie w okolicy droga S3 ciągle jest zakorkowana, bo coś się rozbijają)
- opłaty drogowe,
- inne wydatki (eksploatacja i sam jego zakup)
- dziurawe drogi

Minusem jest to, że staliśmy się zbyt wygodni. Nie chce nam się już iść spacerkiem do znajomych, bo stracimy za dużo czasu. (W pogoni za życiem...) Samochodem przemieścimy się szybciej. Zwykle też wychodzimy z domu na ostatnią chwilę i nie mamy czasu na spacer. Taka przypadłość dzisiejszych czasów. Sama się na tym łapię. Żeby po pracy zdążyć jeszcze coś załatwić muszę jechać od razu do miasta. Nie mam czasu na odstawienia auta na parking i pójście na piechotę. Staram się jak najwięcej spacerować, ale czasami czas tak nagli, że nie ma szans. Są też dni, kiedy wkurzam się, że tyle czasu czekam na swoją kolej przy wjeździe na rondo, przecież zdążyłabym pójść na pieszo. Kiedy wracam z pracy to nic mi takie myślenie nie da. Nie zostawię przecież samochodu na środku skrzyżowania.

Moje zdanie na temat samochodu? Szybki, daje człowiekowi niezależność, ale jest coraz mniej bezpieczny. Zdecydowanie wolę inne środki transportu.

Miłego wieczoru, A.

Komentarze

Popularne posty